czwartek, 31 lipca 2014

1

 

  Tak około szóstej po południu zadzwoniła mama z pytaniem, czy wszystko u mnie w porządku. Mama dzwoniła tak trzy razy na dzień, z tym samym przywitaniem i pożegnaniem: ,,Neve, wiem, że ci ciężko, ale się trzymaj". Nic dziwnego, że się martwiła, w końcu miała w domu córkę, która prawie popełniła samobójstwo. Tym razem dzwoniła z czymś innym, bo nie przywitała się tak jak zazwyczaj to robiła. Usłyszałam ciche westchnięcie w słuchawce, tak żałosne, że nawet i mnie to dziwnie poruszyło. Chrząknęłam, bo nie wiedziałam jak do końca mam się zachować. Chciałam, żeby wiedziała, że jestem.
  - Neve, mamy kłopot. Spotkajmy się o dwudziestej w parku miejskim, okay?
Zastanowiłam się, cóż ta kobieta znowu planuje. Przez ostatni miesiąc próbowała spędzać ze mną jak najwięcej czasu, ale ja zawsze marudziłam i kręciłam nosem, dlatego sobie z tym odpuściła.
  Poprawiłam bandaże na nadgarstkach, jeszcze świeże, bo niedawno zmienione. Zastanowiłam się z pomrukiem nad odpowiedzią.
  - Niech ci będzie. - westchnęłam cicho.- Ale gdy będzie to kolejna denna niespodzianka z twojej strony, to wracam do domu taksówką.
  - Nie musisz się niczego obawiać. Roger po ciebie przyjedzie i zawiezie cię do parku. - Roger, czyli partner mojej mamy był jakimś super biznesmenem i miał swoją własną firmę. Nigdy nie traktowałam go jak zmarłego ojca, ale starałam się go akceptować, przynajmniej nie wtrącał się w moje sprawy i dawał mi święty spokój.
  - Roger nie ma jakiegoś super-ważnego spotkania w firmie?- spytałam ironicznie, choć nie chciałam, żeby ją to uraziło. Nie miałam siły na zbędne zaczepki.
  - Właśnie urwał się z pracy, żeby z nami porozmawiać.
  - W parku publicznym? Nie mogliście wybrać domu?- zaczynałam być trochę niecierpliwa, a zwłaszcza dlatego, bo za dwie minuty musiałam przyjąć tabletki antydepresyjne i nie chciałam spóźnić się z regularną dawką.
  - Po prostu przyjdź. Pa, kocham cię, pamiętaj o tym.
  - Cześć.
Rozłączyłam się szybciej od niej, odłożyłam telefon na półkę i powędrowałam do kuchni, gdzie na blacie już czekały na mnie tabletki. Lekarz mówił, żeby najlepiej popijać je zwykłą wodą, ale byłam tak bardzo uzależniona od śmieciowych napojów, że sięgnęłam po butelkę Coli i na raz, dwa, połknęłam tabletki.
  Dwie godziny temu znów dostałam ataku. W sensie takim, że ogarnęły mnie czarne myśli i tylko dzwonek do drzwi, za którym kryła się sąsiadka Betty jakoś mnie z tego wyciągnął. Betty wybawiła mnie od kolejnej próby samobójczej. Tym razem chciałam się podciąć i zmusiłam się, żeby zadawać sobie małe ranki, a potem większe. Krew spływała na podłogę, a ja myślałam, że razem z nią płyną moje największe problemy. Takie zachowanie określa się najzwyczajniej depresją, ale ja mówię na to po prostu atak. Tak jak atak paniki, atak serca czy atak ze strony nieprzyjaciela, to jest atak depresyjny.
  Pamiętam, że Betty, czterdziestolatka, wychowująca samotnie dwoje dzieci, pomogła mi powycierać kałużę krwi, zatamować rany, dała mi jakieś maści i zatrzymała krwawienie. Z tego co mówiła, w przeszłości miała praktyki w szpitalu i wiele z nich wyniosła. Chciała zostać światowej sławy chirurgiem, a skończyło się na pracy na półetatu w spożywczaku.
  Na myśl, że sąsiadka widziała mnie w takim stanie, czyli w krzywym uśmiechu spełnienia, boleści, aczkolwiek i ulgi zrobiło mi się niedobrze. Albo zakręciło mi się w głowie, bo straciłam za wiele krwi, nie wiem. W gruncie rzeczy skończyło się tak, że Betty zobowiązała się do nic nie mówienia mamie, ale w zamian za to, zmusiła mnie, żebym co godzinę wpuszczała ją do domu. Zdeklarowała się do pełnienia nade mną dyżurów, ale według mnie po prostu chciała się upewnić, czy nadal żyję.
  Z czym się tak borykam? Dlaczego chcę się zabić?
  Mój problem to ludzie. Ludzie, nienawidzący mnie i próbujący sami wkopać mnie do grobu. Wszystko zaczęło się rok temu, gdy policja złapała mnie i moich ,,znajomych" na kradzieży w drogim sklepie z markowymi ubraniami. Miałam szesnaście lat i spanikowałam, dlatego opowiedziałam policji, kto wpadł na ten pomysł i skłamałam, że mnie do tego zmusili.
  Teraz zmuszają mnie do brania tabletek na depresję, od to. Najgorsze jest jednak to, że Skander Livernoon, czyli szef tej całej akcji z kradzieżą, był znany dosłownie wszędzie. Codziennie dostawałam wiadomości z pogróżkami, że zanim się obejrzę, dostanę tak, że się w lustrze nie poznam. Że moja mama ucierpi na tym wszystkim, że podpalą nam dom. Nie pozostało nam nic innego, jak wyprowadzić się z szarej londyńskiej wioski i przeprowadzić do Oxfordu. Ja byłam tak przestraszona, że chciałam zmienić nawet i kraj, ba, marzyło mi się wyjechanie za kontynent, jednak moja mama pewnie oznajmiła, że w Oxfordzie będziemy bezpieczni. I tak się tu znalazłyśmy, mama poznała Rogera, a ja rozpoczęłam nauczanie w domu. To jednak i nie koniec moich powodów do śmierci. Na portalach społecznościowych powstają coraz to nowsze strony, krytykujące mnie, poniżające, mające na celu wywołać u mnie ataki. Wszystko to wina Skandera, który już pewnie trafił do zakładu poprawczego, a jak nie, to modlę się codziennie, aby trafił. Nienawidzę go, tak bardzo go nienawidzę.
  Każdy normalny człowiek powie, że 17-latka może mieć największy problem, dotyczący jakiegoś głupiego złamanego serca, rozpacza po śmierci chomika, lub brakuje jej kasy na drogie ciuchy, lub jeszcze droższe gadżety. Jednak ludzie po przejściach mogą zauważyć, że owa 17-latka przeszła w życiu więcej niż niejeden dorosły. Nie wiedzą, że w jej głowie panuje burza, która nie chce przejść i tylko dzięki samoobronie, czyli masochizmowi można jakoś tą burzę uspokoić. Jednak ona nie minie, nic nie jest w stanie ją pokonać.
  Wydaje mi się, że mój umysł jest jak kartka z pamiętnika. Ciągle widnieje na nim ta sama ubiegłoroczna historia, ciągle do niej wracam. Nie myślę o niczym innym, jak o Skanderze i co noc boję się zasnąć, bo przed oczami widzę go, jego grupkę znajomych, którzy wyśmiewają mnie i szydzą ze mnie. Boję się nawet wyjść na dwór z obawą, że go spotkam.
  Byłam u psychologa chyba z milion razy, trzy razy odwiedziłam psychiatrę. Skończyło się na to, że dwa razy w tygodniu chodzę do psycholożki o specyficznym imieniu Rokermery. Nie lubię tam chodzić, ale babka przynajmniej daje cukierki.
  Tak się to wszystko zaczęło, tak z życia zrobiło mi się nagle piekło. Nigdy nie myślałam, że choć raz ujrzę słońce, które zniszczy burzę. Nigdy. Dopóki coś się nie zmieniło, dopóki nie ujrzałam pierwszego przebłysku.

  Godzina 19.50.
  Czekałam na Rogera jak głupia przed oknem, ubrana w płaszcz, jeansy i czarne baleriny. W końcu zjawił się swoim odjechanym Porsche, przywitał się ze mną uśmiechem i zaprosił mnie do środka auta. Ruszyliśmy w mgnieniu oka. W duchu cieszyłam się, że płaszcz jest na tyle wystarczająco długi, żeby zasłonić zabandażowane ręce.
  Krople deszczu bębniły o szybę i tym samym zasłaniały mi widok za oknem. Robiło się późno, nastał zmierzch, więc i tak mogłam pomarzyć o ujrzeniu jakiegoś ciekawego widoku. Muzyka, wydobywająca się z radia, uspakajała mnie i pozwalała na moment zamknąć oczy. Z  Rogerem nie rozmawialiśmy, więc skusiłam się na lekką drzemkę.
  Dotarliśmy do parku w miarę szybko, na wejściu czekała na nas mama. Coś ją trapiło, można było to zobaczyć już po samym jej spojrzeniu. Choć się uśmiechała, miała zmartwienie w oczach.
  - Cześć, córeczko.- podeszła do mnie chwiejnym krokiem, żeby mnie przytulić. Pogłaskała mnie po moich ciemnych włosach. Była ode mnie niższa, ale wystarczająco na tyle, żeby załapać ze mną kontakt wzrokowy. Nic nie wskazywało na to, że jest w dobrej formie.
  - O co chodzi?- spytałam, bo miałam dość tego teatrzyku, że nic się nie stało.
  -Przejdźmy się.- zaproponowała, a ja niepewnie pokiwałam głową.
Zaprowadziła mnie do samego środka parku, gdzie na ławce czekał na nas jakiś koleś. Miał powyżej pięćdziesiątki, był elegancko ubrany, a w ręku dzierżył teczkę.
 Przywitaliśmy się uściskami dłoni, jednak gdy podawał mi rękę, po drodze wypadła mu ta teczka, a z niej wysypały się przeróżne dokumenty. Od razu pomogłam mu to wszystko pozbierać, gdy natrafiłam się na wielki nagłówek na papierze.
  Zamarłam. Po prostu zamarłam gdy po dokumentach dowiedziałam się, kim jest ten człowiek.
Na kartce papieru widniał regulamin zakładu poprawczego. Ten facet pochodził z tego miejsca, gdzie prawdopodobnie przetrzymywany jest Skander Livernoon.




1 komentarz:

  1. Wow, nie dawałam temu rozdziałowi cienia szansy, na to że mi się spodoba. Teraz jest mi głupio bo to co napisałaś jest fantastyczne, oby tak dalej, będę tu częściej zaglądać ;)

    OdpowiedzUsuń